Aktualności Z życia parafii

Świadectwo Kasi

Poniższe świadectwo napisane przez Kasię, jest dowodem na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych!

Kasia napisała je, by podziękować naszej wspólnocie za modlitwę w int. jej córeczki.

„Dziś 11 stycznia – chyba już zawsze tego dnia będę wspominać Wasz szturm modlitwy w intencji Ali. To nie tylko była modlitwa za Alę, to też pomoc mi, w odnalezieniu drogi, którą jakiś czas temu zgubiłam.

W 2014 roku, gdy w wypadku zginął mój przyjaciel, brat cioteczny, moja bratnia dusza i Chrzestny mojego Bartusia – obraziłam się na Pana Boga. Któregoś dnia o 6 rano obudził mnie telefon z informacją, że ten mój brat zginął w wypadku, kilometr od domu. Ja zawsze byłam dość samotna, a on był zawsze przy mnie. Tamtego dnia poczułam, że Bóg zabrał mi coś najcenniejszego. Oddaliłam się od Boga, obraziłam na Niego. Byłam bardzo daleko, nie czyniłam zła, ale miałam tak wielki żal, że nie potrafiłam nawet się modlić.

Moje świadectwo jest dość namacalne: to moja córka, ciąża bez szans na donoszenie, a dla dziecka bez szans na życie. Mimo to leżąc, powiedziałam, że zrobię wszystko, by donosić ciąże każdy kolejny dzień i godnie pożegnać. Mijały tygodnie, myślałam: tak bardzo proszę aby chociaż donosić do 24 tygodnia, by miało jakieś szanse . W 24 tygodniu dowiedziałam się, że to dziewczynka (w domu trzech chłopców ) i tak doszło do 27 tygodnia.

Urodziłam córeczkę. Na bloku reanimowano nas obie. Później znowu mnie. Były liczne transfuzje krwi. W drugiej dobie zobaczyłam dziecko: córka ważyła 960 gram, było więcej rur jak dziecka. Na trzecią dobę wezwano mnie, by pożegnać się z córeczką. Wylew dokomorowy (czyli wylew krwi do mózgu) 3/4 stopnia. Co chwilę ją reanimowano. Lekarz zaproponował, by ochrzcić. Ksiądz wtedy nie mógł przyjść. Pierwszy raz, po długim czasie, siadłam w kaplicy i najprościej jak umiałam prosiłam Boga: pozwól jej żyć, zniosę wszystko, co tylko mi dasz, ale nie zabieraj jej.Wtedy też poprosiłam znajomych bliskich i dalekich o modlitwę, myśląc: może Bóg wysłucha. Przecież dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Wtedy w drzwiach pojawił się Ksiądz. Ochrzcił: Alicja Faustyna (nie wiem skąd mi się wtedy ta Faustyna wzięła).

Patrzyłam na kolejne zabiegi …, kolejne reanimacje i kolejne diagnozy: wada serca, uszkodzony mózg, dziecięce porażenie mózgowe…, kolejny wylew…W końcu mówię: córeczko, jak już nie masz siły – odejdź, ale jeżeli znajdziesz choć odrobinkę – zawalcz . Mijały kolejne tygodnie, dostawałam wiele wiadomości, że ludzie się modlą . Otoczono nas modlitwą w mojej nowej parafii – dla mnie obcej, a jednak otulono nas płaszczem. Uczyłam się pokory: rozdarta między tym chorym dzieckiem, a chłopcami w domu . Wypisano mnie samą do domu. Jeździłam codziennie. Wchodząc na oddział przechodziłam koło tej kaplicy i za każdym razem przystawałam i własnymi słowami prosiłam o siły. W końcu wypisali moją Alicję do domu – 3 marca, w moje urodziny.Wielu ludzi mówi: jak trwoga to do Boga i tak było w moim przypadku. Ja wierzyłam, że On może wszystko. Wtedy też zrozumiałam, że On był zawsze, że pozwolił mi przejść przez żałobę po bracie, mimo że nawet nie wiedziałam, że to czyni.

Będąc w szpitalu Bóg pokazał mi: zobacz nie jesteś sama, pokażę Ci ludzi, którzy Ci pomogą. I pojawiła się Wasza wspólnota, pojawiła się Agnieszka ode mnie z bloku. Wiedziałam, że nie jestem sama. To był ten czas gdy wróciłam do Kościoła. Wchodziłam na Mszę, siadałam z tyłu i siedziałam tam czując błogi spokój.I zaczęłam szukać na nowo, czytać, spędzać czas na modlitwie…

Każdy dzień: rehabilitacja, masaże i ogrom rodzinnej miłości sprawiły, że dziś mam w sobie tyle siły, by powiedzieć Wam dobrzy ludzie: Dziękuję. Dziękuję za każdy dzień życia, za wszystkie łzy i radości, za śmiech, płacz i słowo „mama” wymawiane o 6 rano. Dzisiaj Alicja, która nie miała nawet 1 % szansy na życie – żyje i kończy 2 latka. Dzisiaj Alicja, która miała leżeć i być niewidoma – patrzy pięknymi, mądrymi oczami i nie tylko siedzi, ale i chodzi. Ba! nawet biega . Do tego mówi pełnymi zdaniami!

Dziękuję!”